wtorek, 4 sierpnia 2015

Chłopak, dziewczynka i Doktor


W 1666 roku zbudowano pewien budynek. Zwykła, nie wyróżniająca się niczym budowla, gdzie mieszkali normalni londyńczycy i prowadzili spokojne życie. Kiedy wybuchł Wielki Pożar, a większość budynków uległo zniszczeniu, był jednym z nielicznych, który przetrwał. W roku 1668 założono tam sierociniec Miś, który ostał się do roku 2005, gdzie cała opowieść ma swój początek.

Anna Cheshire, życzliwa kobieta po trzydziestce, całkowicie niezamężna i bezdzietna, spłacająca kredyt ze swoim bratem, była jedną z opiekunek w sierocińcu Miś. Towarzyszyła jej siostra zakonna Izabela, zgorzkniała, zgryźliwa kobieta w okolicach lat sześćdziesięciu, której zakon zlecił opiekę nad sierotami w ramach projektu „Kościół dla dzieci”.

Wszystko zaczęło się czwartego września dwa tysiące piątego roku w Londynie. Był to dosyć chłodny i deszczowy dzień, ale mimo niedogodnych warunków pogodowych, na twarzach wychowanków sierocińca gościł uśmiech. Dzieci stały w małych grupkach i z podekscytowaniem wyczekiwały obiecanej im wycieczki do miejscowego zoo. Pani Cheshire i siostra Izabela, które dostały dotację z miasta, postanowiły wykorzystać tak rzadką okazję i sprawić niespodziankę podopiecznym.
Anna trzymała listę wszystkich nazwisk i wyczytywała je po kolei, odznaczając przy każdym haczyk. Wszystko szło bardzo sprawnie aż do jednego nazwiska
— Emily Rain – wywołała kolejną osobę, ale na próżno czekała na jakikolwiek odzew ze strony dziecka. Zniecierpliwiona podniosła wzrok znad listy i spojrzała na podopiecznych, którzy tylko wzruszali ramionami i rozglądali się w poszukiwaniu koleżanki. Nikt nigdzie jej jednak nie widział, więc pani Cheshire musiała szybko coś zrobić.
Podała listę siostrze Izabeli i poprosiła, aby dokończyła sprawdzanie obecności. Kobieta tylko kiwnęła głową, ale Anna wiedziała, że siostra Izabela cieszy się w duchu możliwością zbesztania Emily za jakiś nowy wybryk. Pani Cheshire miała czasem wrażenie, że to było jedyną rozrywką wysłanniczki kościoła. Bardzo brutalną rozrywką kosztem dziecka.
Anna szybkim krokiem udała się do budynku, którego próg przekroczyła już chwilę później. W środku panowała duchota. Rada Nadzorcza postanowiła oszczędzać na ogrzewaniu sierocińca, więc w jesień i zimę zabraniało się otwierać okien i wietrzyć pomieszczeń, bo dzieci mogły się przeziębić. Według Anny takie postępowanie zalatywało hipokryzją już na kilometr, ale nie dane jej było decydować o takich sprawach.
Na schodach siedziała dziewczynka około lat dziesięciu. Miała rude włosy i zielone, przygaszone oczy. Dziecko obracało w dłoniach złoty medalik z rysunkiem słońca, patrząc na niego w zamyśleniu. Wyglądała jakby wspominała dawne czasy, może rodziców albo swój dom. Medalion przypominał jej o rodzinie, której nie znała i której nie miała. Owszem, była tego świadoma, ale czasami po prostu wiedziała, że jej dzieciństwem nie był sierociniec. To tylko złudzenie, powtarzały jej opiekunki. Siostra Izabela pewnego dnia powiedziała bardzo dosadnie, że Emily jest tylko jednym z wielu dzieci podrzuconych pod drzwi sierocińca. Dziewczynka już nigdy nie pytała o rodzinę ani krewnych świadoma faktu, że żadnych nie ma. Tamtego dnia poczuła niewyobrażalny smutek i pustkę. Jej nadzieja się ulotniła i zdawała się nigdy nie powrócić.
— Czemu nie jesteś na zewnątrz, Emily? – spytała pani Cheshire, zwracając uwagę swojej podopiecznej. Dziewczynka podniosła wzrok zaskoczona i szybko schowała medalion jakby bała się, że ktoś może go jej ukraść. Anna zauważyła ten gest, ale udała, że niczego nie widziała.
— Zastanawiałam się – zaczęła Emily z wahaniem, uparcie wpatrując się w podłogę — czy sny są prawdziwe?
— A co ci się śniło? – spytała zaciekawiona pani Cheshire, podchodząc bliżej. Usiadła obok dziewczynki na schodach i uśmiechnęła się przyjaźnie, próbując dodać podopiecznej odwagi. Emily miewała dziwne sny. Nie były one nieprzyjemne, ale zawsze dotyczyły tej samej rzeczy. Rzeczy, która prześladowała ją od kiedy tylko pamiętała. Słyszała, gdy ludzie mówili o tym na ulicy, raz czy dwa nawet widziała TO na własne oczy, chociaż inni wmawiali jej, że pewnie to wszystko wytwory wyobraźni.
— Niebieska budka – mruknęła Emily i zacisnęła palce na medalionie, jakby próbując dodać sobie odwagi. Nie spojrzała na swoją opiekunkę. Mimo iż pani Cheshire tego nie okazywała, Emily wiedziała, że niechętnie słucha wynurzeń o sławnej niebieskiej budce, tajemniczym przedmiocie ze snów podopiecznej.
Anna spojrzała na Emily z niedowierzaniem, powstrzymując się od okazania swoich wątpliwości co do prawdziwości niebieskiej budki i wygłoszenia na ten temat długiego monologu o odróżnianiu rzeczywistości od fikcji. Zamiast tego tylko zacisnęła usta w wąską linię i westchnęła, zastanawiając się nad najlepszym rozwiązaniem.
— Dobrze wiesz, co chcę powiedzieć, Emily. I proszę cię, nie zmuszaj mnie do tego. Czy po raz kolejny chcesz to usłyszeć? – spytała Anna chłodno, próbując uświadomić podopiecznej cel wypowiedzi. Emily zmarszczyła brwi i pokręciła głową. Teraz czuła się źle. Nie powinna wspominać o niebieskiej budce w obecności koleżanek i kolegów oraz opiekunów.
— Chodź, Emily. Czas na nas. Siostra Izabela pewnie się już niecierpliwi, a chyba nie chcemy, żeby miała argumenty do swoich męczących monologów, prawda? – odezwała się pani Cheshire łagodnie, po czym wstała i wyciągnęła rękę do Emily. Dziewczynka wahała się przez chwilę, ale dołączyła do swojej uśmiechniętej opiekunki.
Obie opuściły budynek sierocińca i dołączyły do grupy zwartych dzieci z siostrą Izabelą na czele, która zła na cały wszechświat stała tam z założonymi rękami i groźną miną.

— Znowu Londyn? – mruknął pod nosem mężczyzna, wysiadając z niebieskiej budki policyjnej. Spojrzał na zegarek kieszonkowy, który wskazywał godzinę dwunastą trzydzieści pięć. — I nie zdążę na ucztę na planecie Kluxix. Dziękuję, Tardis – zwrócił się zirytowany mężczyzna do budki policyjnej jakby oczekiwał, że ta odpowie. Budka jednak uparcie milczała i nie zapowiadało się na nagły monolog z jej strony. — Czemu ostatnimi czasy jesteś taka wredna? To pewnie ma jakiś związek z moim nowym charakterem – mruknął do siebie mężczyzna, po czym westchnął. Rozejrzał się dookoła z minimalnym zainteresowaniem, ale nie zobaczył nic oprócz kręcących się ludzi, którzy patrzyli na niego jak na wariata.
Poślinił swój wskazujący palec i uniósł go, sprawdzając kierunek wiatru. Następnie spojrzał w niebo, głęboko nad czymś rozmyślając, po czym położył się i przyłożył ucho do ziemi, nasłuchując. Potem wstał i poprawił marynarkę.
— Na moje dwa serca! – wykrzyknął zdegustowany, spoglądając na swoje ubranie, składające się z niebieskiej koszuli, czarnej marynarki i brązowych spodni oraz dziwacznie oficjalnych butów. — Wciąż noszę te łachmany?! Wyglądam idiotycznie! Hej, ty! – zawołał i wskazał jednego z przechodniów palcem. Młody chłopak zatrzymał się zdezorientowany i niepewny, czy to o niego chodziło. — Tak, ty! Gdzie jest najbliższy sklep z ubraniami?
— Eee… – jąkał się przechodzień, rozglądając się w poszukiwaniu pomocy. Wszyscy ludzie jednak zgrabnie udawali, że nic nie widzą i szli dalej. — Przy zoo jest taki jeden… ale te rzeczy nie są zbyt…
— Świetnie! – zawołał, przerywając chłopakowi, co było bardzo niegrzeczne z jego strony. Zrobił kilka kroków w jego kierunku i zatrzymał się, intensywnie patrząc mu w oczy. Przechodzień stał jak sparaliżowany. Przez chwilę myślał, że ta dziwna osoba okaże się jakimś szarlatanem, który za kilka dolarów zacznie mu przepowiadać przyszłość z oczu. — Coś dziwnego jest w powietrzu – wyszeptał mężczyzna z powagą. Chłopak zmrużył oczy i użył wszystkich swoich sił, ale niczego nie wyczuł. Spojrzał w niebo, oczekując chmur i natychmiastowego załamania pogody, ale słońce radośnie prażyło.
— Miało dzisiaj padać, ale meteorolodzy chyba się pomylili i może dlatego…
— Macie tu jakieś posągi? – przerwał ponownie mężczyzna, odsuwając się od przechodnia. Odwrócił się do niego tyłem i zmarszczył brwi, wpatrując się skupionym wzrokiem w jakiś niewidoczny punkt.
— Posągi? Mamy jeden niedaleko, w końcu to Londyn. Pan nietutejszy? – spytał chłopak, próbując zrobić kilka kroków w tył, po czym uciec, ale mężczyzna odwrócił się nagle i cały misterny plan poszedł na dno.
— Czy te posągi się ruszają? – spytał, wyciągając jakieś dziwnie urządzenie przypominające śrubokręt. Uniósł go do góry i coś nacisnął, a maszyna zaczęła wydawać wcześniej niespotykany dźwięk.
— Posągi, które się ruszają? – powtórzył chłopak z lekkim rozbawieniem. Uśmiechnął się, niemal pewny, że jest tu gdzieś ukryta kamera.
— Tak. Co jest w tym dziwnego? – spytał mężczyzna z powagą, patrząc na przechodnia jak na osobę niedorozwiniętą. Uśmiech zniknął z twarzy chłopaka.
Mężczyzna przeniósł wzrok na swój śrubokręt, który nagle umilkł. Odczytał coś z niego, pokręcił głową z niezrozumieniem i schował urządzenie do kieszeni.
— Posągi nie mogą się ruszać! Są… no… posągami! Z marmuru! Bardzo ciężkie! – wybuchnął zdenerwowany chłopak, nadmiernie gestykulując co sprowadziło na niego jeszcze jedno pogardliwie spojrzenie mężczyzny.
— Widziałeś kiedyś ruszające się posągi?
— Co? – spytał zaskoczony chłopak.— Nie. Nie widziałem. Tak przynajmniej mi się wydaje – odpowiedział po chwili zastanowienia. Mężczyzna uśmiechnął się usatysfakcjonowany odpowiedzią i zasalutował.
— Nie masz za co dziękować – powiedział z dumą w głosie. — Tak właściwie, jestem Doktor.
— Miło poznać. Mark Cheshire – przedstawił się chłopak. Nie zawracał sobie głowy dziwnym imieniem tajemniczego mężczyzny ale uznał, że lepiej wypadnie, jeśli nie zapyta. Już i tak miał mętlik w głowie.
Mark wyciągnął rękę do Doktora, oczekując, że ten uściśnie jego dłoń, ale Doktor tylko spojrzał na niego dziwnie i zmrużył oczy. Chłopak cofnął rękę zmieszany.
— Dziwnie macie tutaj ludzkie zwyczaje… Zaczekaj, czy ty pytałeś, czemu Doktor? Albo jaki Doktor? Albo Doktor czego? – spytał mężczyzna, patrząc z nagłym zainteresowaniem na chłopaka. Mark pokręcił głową z lekkim uśmiechem. Doktor spojrzał na niego dziwnie. — Co się cieszysz? Powiedziałem coś zabawnego?
— Nie pytałem o to wszystko, bo uznałem, że to głupie pytania – odpowiedział Mark zadowolony z podjętej decyzji. Doktor westchnął i pokręcił z politowaniem głową. Uśmiech opuścił twarz chłopaka, a zastąpiło go zdezorientowanie. — To nie były głupie pytania?
— Oczywiście że były! Ale jaka to zabawa, gdy nie mogę spojrzeć na ciebie pogardliwie? Ludzie są tacy… Ugh! Ale jesteś nieczuły, odebrałeś mi całą przyjemność! I jeszcze jaki dumny z siebie! Zupełnie jakbyś zniszczył Daleków raz na zawsze! – powiedział zezłoszczony Doktor, grzebiąc w kieszeniach. Mark już chciał coś powiedzieć, ale mężczyzna wyciągnął wskazujący palec w jego kierunku. — A to nie jest proste. Rzekłbym, że ledwo możliwe – dodał dramatycznym szeptem.
Mark kiwnął głową, bo nie miał już nawet siły, żeby pytać, o co właściwie chodzi w całej tej rozmowie i jaki jest jej sens. Dalekowie. Co to była w ogóle za nazwa? Brzmiała śmiesznie. Przynajmniej tak sądził Mark.
— Dobrze… eee… Michael. Mam nadzieję, że już więcej się nie spotkamy – zakończył Doktor. Poprawił marynarkę, skinął głową i odszedł w tylko sobie znanym kierunku. Nie wiedział dokładnie, gdzie jest zoo, ale nie polubił tego całego Marcela, więc zdecydował, że spyta kogoś o drogę.
— W drugą stronę! – zawołał za nim Mark. Doktor zatrzymał się, odwrócił i spojrzał na chłopaka groźnie.
— Sam sobie wytyczam drogę życia! – odparł, ale zaklął pod nosem i udał się w drugim kierunku, mamrocząc coś niezrozumiale. Nie polubił tego chłopaka. Nie lubił ludzi. Byli głupi. Zawsze wszystko negowali i nigdy mu nie wierzyli, a potem pokładali w nim nadzieję, bo oni sami byli zbyt niedorozwinięci, aby zapobiec niebezpieczeństwu. Miał nadzieję, że na tej planecie było coś, co przyciągnęło Tardis. Bo jak nie, to musi sobie poważnie porozmawiać ze swoim statkiem kosmicznym.

Emily stała na uboczu grupy, obserwując poczynania bardzo energicznej małpki kapucynki, która przeskakiwała z jednej gałęzi na drugą. Dziewczynka pomachała do stworzenia, ale niewdzięczne zwierzę wystawiło język i po chwili znikło z pola widzenia. Emily westchnęła, dołączając do grupy.
— A tutaj mamy papugę Merkeriego. Jest to bardzo stary gatunek, niestety wszyscy mylili ją z Arą. Wyglądają niemal identycznie, ale kolor nad dziobem jest nieco inny. Papugi Merkeriego nie powtarzają słów, ale mówią coś od siebie, zupełnie jakby myślały! W plemionach afrykańskich używane były jako wyrocznie.
Emily wątpiła, że zwierzę może robić coś takiego, ale stanęła z przodu i czekała na rozwój wydarzeń. Papuga uparcie milczała, a dziewczynce wydawało się, że ptak po prostu nie ma zamiaru niczego mówić. Mógł, ale nie chciał. Było to nowe, nieznane jej uczucie, ale czuła się z nim dobrze. Tego samego nie można było powiedzieć o pani przewodnik, która uśmiechnęła się zażenowana i szybko poprosiła grupę, aby przeszła do następnego zwierzęcia. Dzieci marudziły przez chwilę, ale pod groźnym wzrokiem siostry Izabeli natychmiast zamilkły i poszły za panią przewodnik.
Emily została w tyle, ciągle wpatrując się w papugę z zainteresowaniem.
— Niebieska budka – zaskrzeczała papuga po kilku sekundach, gdy Emily miała odejść od klatki. Dziewczynka zatrzymała się zaskoczona i spojrzała z niedowierzaniem na ptaka, która przekrzywił łebek, zamachał skrzydłami i poleciał do swojego domku. Emily jeszcze przez chwilę stała przy klatce czekając, aż papuga znów się pojawi. Ptak jednak zaszył się w drewnianym domku i nie miał zamiaru wychodzić.
Emily westchnęła, po czym dołączyła do grupy i od tamtej pory się od nich nie odłączała.

Poprzednie wcielenia Doktora ubierały się gustownie i wyglądały dobrze, nie wyróżniając się prezentowaną odzieżą. Krawat, mucha czy nawet brak takiego dodatku komponowały się z resztą ubioru i dzięki takiemu wyglądowi mogli pracować w świętym spokoju. Ale zawsze znajdzie się wyjątek od reguły.
Takim wyjątkiem był Trzynasty Doktor.
Kiedy wszedł do sklepu odzieżowego niedaleko zoo, wziął najbardziej kolorowe ubrania jakie wpadły mu w ręce i zaczął je przymierzać. Po dwudziestu minutach wyszedł naprawdę zadowolony ze swojego wyboru i był święcie przekonany, że jego gust polepszył się od czasów Dziesiątego Doktora.
Kasjerka spojrzała na niego zdegustowana i wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z wszystkimi starszymi paniami, które tylko pokręciły głową z politowaniem. Kasjerka obok trzęsła się ze śmiechu, więc szybko popędziła na zaplecze.
— Pomarańczowa koszulka polo, zielone szorty, brązowe trampki i czerwona czapka z daszkiem. Czy wszystko się zgadza? – spytała kobieta, naciskając coś na maszynie do kasowania.
— Zgadza się, istoto ludzka – powiedział Doktor, wyciągając pieniądze z kieszeni swoich starych spodni. Kasjerka podniosła wzrok na mężczyznę i spojrzała na niego dziwnie. Westchnęła mając nadzieję, że tylko się przesłyszała.
— Czy miałaby pani rozmienić drachmy na funty? – spytał, sprawdzając posiadane pieniądze różnych walut. Kobieta uniosła brwi w geście zdziwienia, uznając to za bardzo nie śmieszny żart. — Nie? A może franki szwajcarskie? Chwila, czy to jest ten rok, kiedy frank zbankrutował? – spytał śmiertelnie poważny Doktor. — Który jest rok?
— 2005 – odpowiedziała zirytowana kobieta, posyłając mężczyźnie groźne spojrzenie. Doktor ponownie zaczął przeglądać posiadane pieniądze.
— Ma pani kredyt we frankach?
— Nie.
— Jest pani bardzo inteligentną osobą – stwierdził mężczyzna z uznaniem. — A może korony? Mogę płacić koronami? – spytał z nadzieją, ale kasjera bezlitośnie pokręciła głową. Doktor westchnął. — A złotówki? Też nie? Była pani kiedykolwiek w Polsce? Bardzo piękny kraj, doprawdy – dodał mężczyzna, przeszukując drugą kieszeń. — Nareszcie! – zawołał Doktor podając zniecierpliwionej kasjerce kilka banknotów. Kobieta  spojrzała na niego zirytowana, podobnie inni klienci, którzy stali za mężczyzną w kolejce. Doktor opuścił sklep z wyraźnym zadowoleniem.
Spojrzał na zegarek kieszonkowy, głęboko nad czymś kontemplując. Pokiwał głową, jakby doszedł sam ze sobą do porozumienia, schował mały przedmiot do kieszeni i przemknął obok strażnika, tym samym znajdując się na terenie londyńskiego zoo.

— Jesteśmy w kawiarence, gdzie możecie kupić sobie jedzenie i pamiątki. Wycieczkę kontynuować będziemy za pół godziny. Cieszcie się wolnym czasem! – oznajmiła aż nazbyt wesoło pani przewodnik z szerokim uśmiechem, po czym oddaliła się.
Emily usiadła przy jednym ze stolików i obserwowała samotnie resztę dzieci, które bawiły się i śmiały, kupując różne przysmaki przy ladzie. Nikt jednak do niej nie poszedł i nie zaprosił jej do zabawy. Podkuliła nogi i objęła je, patrząc smutnym wzrokiem dookoła. Nigdy nie umiała się z nikim zaprzyjaźnić. Myślała inaczej niż reszta jej rówieśników, dostrzegała rzeczy, których nikt inny nie dostrzegał. Nie czuła się wyjątkowa, tylko odrzucona i samotna. Wolała wtopić się w tłum, być jak inni, niczym się nie wyróżniać niż cierpieć jak teraz. Spojrzała w górę, na bezchmurne niebo.
— Niebieska budka jest tam, gdzie słońce się chowa i nie wieje wiatr, czeka na moment właściwy, aby uratować świat.
Emily ożywiła się. Poderwała się ze swojego miejsca i stanęła na równych nogach. Rozglądała się dookoła, szukając źródła dziwnej piosenki. Niebieska budka. Znowu to usłyszała. Ludzie patrzyli na nią z dezaprobatą, ale dziewczynka nie miała czasu się tym przejmować. Uparcie szukała wśród tłumu zwiedzających osobę, która wywołała u niej tak skrajne emocje.
W końcu go dostrzegła. Dziwacznie ubranego mężczyznę, który przechadzał się niedaleko uliczkami zoo, trzymając pod pachą kupkę ubrań. Ludzie oglądali się za nim, ale osobnik zdawał się tego nie dostrzegać.
Emily sprawdziła, czy pani Cheshire i siostra Izabela jej pilnują, ale były zbyt zajęte uspokajaniem płaczących podopiecznych. Dziewczynka poderwała się do biegu, przepychając się między ludźmi,  którzy głośno wyrażali swoje opinie na temat rozpieszczonych bachorów.
— Niebieska budka! – wypaliła Emily, kiedy dotarła do poszukiwanego mężczyzny. Osobnik spojrzał na dziewczynkę zdziwiony, po czym rozejrzał się mając nadzieję, że to nie o niego chodzi. — Śpiewał pan o niebieskiej budce!
— Możliwe – odparł mężczyzna szorstko. Próbował wyminąć dziwne i narzucające mu się dziecko, ale Emily zagrodziła mu drogę z determinacją na twarzy. Mężczyzna westchnął zirytowany i spojrzał na dziewczynkę pytająco. — Czego ty chcesz?
— Gdzie jest niebieska budka? Gdzie mogę ją znaleźć?
— Nie mam pojęcia – odparł mężczyzna, próbując pozbyć się dziwnego dziecka, ale Emily uparcie czekała na jakiekolwiek informacje. Tupnęła nogą, zaciskając usta w wąską linię. — Co robi niebieska budka? O co chodzi w tej piosence?!
— Niebieska budka ratuje świat – odparł niecierpliwie mężczyzna, wzdychając głośno. Spojrzał na Emily groźnym wzrokiem, próbując ją przestraszyć, ale ona nie ruszała się z miejsca.
— Czemu ratuje świat?
— Bo jest niebieską budką.
— To nie jest śmieszne! – wybuchła dziewczynka, zwracając na siebie uwagę turystów. Mężczyzna cofnął się zaskoczony i zrobił wielkie oczy. Po chwili jednak się opanował i na nowo przybrał swój normalny, pogardliwy wyraz twarzy.
— Nie twierdzę, że jest. Odpowiadam na twoje pytania. Nie ma niebieskiej budki! – odparł z poważnym wyrazem twarzy mężczyzna, kucając przy Emily. Dziewczynka spojrzała mu w oczy, jakby próbowała znaleźć w jego spojrzeniu zaprzeczenie tego, co mówił. Ale nic nie widziała. Nic. Nawet pewności w jego oczach, po prostu pustkę. Pustkę i smutek, którego nie potrafiła zrozumieć. Ból inny niż ten, który odczuwała na co dzień. Cała postać mężczyzny była jakby nie z tego świata, obca, ale jednocześnie znajoma.
Powietrze.
Powietrze było niedobre. Wyczuła to już drugi raz tego dnia. Spojrzała w niebo, jakby próbowała coś tam dostrzec. Ale nic tam nie było. A mimo to coś było nie w porządku.
Mężczyzna spojrzał na nią z niepokojem. Zmarszczył brwi, próbując coś odczytać z jej twarzy.
— Czemu patrzysz w niebo? – spytał po chwili milczenia, gdy Emily ciągle wpatrywała się w stały punkt nad sobą. Dziewczynka spojrzała na niego i już chciała coś powiedzieć, gdy przerwał jej głos pani Cheshire, która wyłoniła się z tłumu cała zaniepokojona. Podbiegła do podopiecznej i przytuliła ją najmocniej jak potrafiła.
— Nigdy tak nie uciekaj – powiedziała kobieta, powstrzymując łzy. Wzięła głęboki wdech, aby się nie rozpłakać, po czym puściła Emily i podniosła się. Spojrzała na mężczyznę i uśmiechnęła się przepraszająco. — Ja…
— Nic się nie stało – przerwał jej Doktor, spoglądając ukradkiem na dziewczynkę. EMily zacisnęła usta w wąską linię i spuściła wzrok. Czuła się zawiedziona i po raz kolejny nadzieja ją opuściła gdy zdawało się jej, że może wrócić.
Pani Cheshire złapała Emily za rękę i obie odeszły, wtapiając się w tłum turystów. Mężczyzna odprowadzał je wzrokiem, a kiedy zniknęły z jego pola widzenia, po prostu kontynuował swoją wycieczkę po zoo.
***
Jest to pierwszy rozdział historii niezwykłego dziecka, zwykłego nastolatka i trzynastego Doktora. Jakiekolwiek błędy logiczne, gramatyczne, stylistyczne wypisujcie w komentarzu. Uzasadniona krytyka to dobra krytyka.